Nowe ekranizacje „Lalki” pokazują nam Polskę, z której jesteśmy dumni
Bez względu na to, co sądzimy o nowych adaptacjach „Lalki”, wspólne stanowisko wypracowaliśmy jak dotąd w jednej zasadniczej kwestii: przyjemnie pospierać się o klasykę literatury, zapominając na moment o bieżącej polityce czy szansach wybuchu europejskiej wojny.
Autorom filmu i serialu udało się wyrwać spór o twórczość Bolesława Prusa ze szkolnego korytarza, czyniąc go – przynajmniej na kilka jesiennych tygodni – żywotnym elementem naszej codzienności. „Lalkę” w reżyserii Macieja Kawalskiego obejrzałam w dniu premiery na jednym z przedpołudniowych seansów, w towarzystwie sporej grupy licealistów. Wychodząc z kina, z przejęciem spierali się o to, co było lepsze: serial czy film. Przyjemnie było nadstawić ucha.
Nowym ekranizacjom „Lalki” towarzyszą nie tylko omówienia i recenzje, wywiady z twórcami, sesje zdjęciowe kolorowych pism i opinie widzów publikowane w mediach społecznościowych (Instytut Monitorowania Mediów w ciągu 5 dni od premiery serialu naliczył 5 tys. materiałów na jego temat). Mamy wokół twórczości Prusa także liczne literackie zabawy.
Szczepan Twardoch, Sylwia Chutnik i Wojciech Chmielarz napisali inspirowane „Lalką” opowiadania na zamówienie mecenasa filmu, a Jakub Jarno wydał obszerny fanfik pod tytułem „Marionetki”, w którym pozwala spotkać się potomkom Wokulskiego i Łęckiej równo sto lat po wydarzeniach, które opisuje w swojej powieści Prus.

Inspirowaną kinową „Lalką” kolekcję prezentuje jedna z sieci odzieżowych, a słodko-kwaśne „ciastka Łęckiej” sprzedaje warszawska sieć cukierni (beza w kształcie muszelki wypełniona kremem z cytryn i konfiturą z czerwonych porzeczek). Zaraz po deserze można się wybrać do Łazienek na wystawę kostiumów zaprojektowanych na potrzeby filmu przez Katarzynę Lewińską i Tomasza Ossolińskiego.
Ale to jeszcze nie wszystko
Od dwóch tygodni sprawdzamy też, „jak było naprawdę”, wpisując w Google „o czym jest »Lalka«” oraz „jak się kończy” powieść, a nawet „kim była Orzeszkowa” (pisarka pojawia się w adaptacji Maślony, Demirskiego i Dutkiewicz). W zasadzie już 17 września, dzień po premierze serialu, zaczęliśmy wertować pod tym kątem Wikipedię, a następnie samą powieść Prusa w serwisie Polona. „Wolne Lektury” także zanotowały większy ruch na stronie z plikiem „Lalki” (wzrost o 17 proc. w porównaniu do września zeszłego roku). W krakowskich i śląskich bibliotekach na papierowy egzemplarz powieści trzeba się zapisywać i czekać w kolejce. Wzrosty sprzedaży zanotował Empik.
Wszystko to nie zmienia oczywiście faktu, że zabieg przepisywania klasyki, szczególnie na język współczesnego serialu, okazał się dla niektórych z nas bolesny, a zabawa szkolną lekturą nie tyle nas zawiodła, co wręcz rozwścieczyła. I choć Maciej Kawalski, reżyser filmu (dość wiernego książce) jest zdania, że „Lalka” jest „na tyle pojemną powieścią, że można ją ekranizować na wiele różnych sposobów”, a scenarzysta serialu Paweł Demirski przyznaje, że „kultura żyje wtedy, kiedy ją dekonstruujemy”, to wielu z nas się z tym pogodzić nie może. Więcej nawet: trafia nas szlag.
Zastanawiali się Państwo, dlaczego tak się dzieje? Dlaczego uważamy, że nie powinno się w klasykę ingerować, zmieniać zakończeń powieści, dopisywać wątków, dorzucać postaci? Krytyczka i tłumaczka Alberta Camusa Joanna Guze niespełna sześć dekad temu pisała w jednej z gazet, że „sytuacja u nas jest pod tym względem dość specjalna – Prus, Żeromski czy Sienkiewicz są nietykalni”. Demirski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” sugeruje, że to z powodu naszej potrzeby „bronienia przeszłości jako bezpiecznego miejsca”.
Zatrzymajmy się tu zatem na chwilę, bo „bezpieczne miejsce” można rozumieć co najmniej dwojako: w kontekście świata przedstawionego i naszym własnym. Po pierwsze, Wokulskiego nie wolno ruszać, ponieważ jest jedynym kupcem i mieszczuchem, jakiego kiedykolwiek zaakceptowaliśmy jako swojego. W tej jednej, konkretnej wersji. Czy pamiętają Państwo, że mniej więcej w tym samym czasie swojego Stacha (także kupca), tyle że Połanieckiego, proponował nam Henryk Sienkiewicz? O różnicach między Wokulskim a Połanieckim przeczytają Państwo zresztą w nowej książce Sławomira Sochaja opowiadającej o tym, jak Polska stawała się w ostatnich latach nową ziemią obiecaną. Czy to nie interesujące, że esejom o naszym cudzie gospodarczym patronuje – i to od pierwszej strony – właśnie Wokulski?
Sochaj twierdzi, że Wokulski wygrał pojedynek z Połanieckim przede wszystkim ze względu na skłonność do romantycznej miłości i pozytywistycznej wiary w moc nauki. Zgrabnie połączył też inteligencki etos ze sprawczością i rozmachem, do których tak tęsknimy. Połaniecki był dla nas zbyt pragmatyczny.
Kariera powieści Prusa i klęska Sienkiewicza, twierdzi Sochaj, wiele mówi nie tylko o aspiracjach polskiej inteligencji, ale też o jej specyficznej optyce. Akceptujemy bohatera będącego „moralnym wzorem, kogoś zawsze gotowego służyć i dyscyplinować się, kogoś, kto kocha bez żądzy”. Takiego Wokulskiego, świetnego skądinąd, daje nam dziś w swoim filmie Kawalski. Czy jakikolwiek inny sprzedawca mógłby zostać narodowym bohaterem? Naszą ulubioną postacią filmową był dotąd, jak pokazywały liczne plebiscyty, Adaś Miauczyński, znerwicowany inteligent bez grosza przy duszy.
No dobrze, spróbujmy w takim razie jeszcze innego sposobu na zrozumienie tego, czym jest bezpieczne miejsce, którego tak zaciekle bronimy w dyskusjach o „Lalce”. Tym razem musimy się jednak na moment rozstać z Prusem i spojrzeć na kulturę szerzej, poprzez ofertę serwisów streamingowych, zapowiedzi kinowych premier, afisze teatrów, wydawnicze nowości.
Co z tego wynika?
Otóż kiedy zaczną się Państwo przyglądać temu wszystkiemu, co oferuje dzisiejsza kultura, okaże się, że żyjemy w czasach repetycji i reprodukcji. Powracamy do starych, sprawdzonych historii i czasów, które kojarzą się nam z dzieciństwem i młodością – a może w ogóle z czymś, czego nawet nie mamy prawa pamiętać.
Właśnie obejrzeliśmy w kinach piątą (skądinąd świetną) część „Toy Story”. W streamingu czekają na nas nie tylko czarno-białe seriale noir, ale też nowa adaptacja „Na wschód od Edenu” (premiera 1 października). Za moment w kinach obejrzymy kolejne wcielenie „Rozważnej i romantycznej” Jane Austen (16 października), a potem śledzić będziemy losy bohaterek „Dumy i uprzedzenia” (3 grudnia, Netflix). Gdański Teatr Wybrzeże zapowiada wariację na temat „Podwójnego życia Weroniki” Krzysztofa Kieślowskiego, warszawski Powszechny wystawi „Złego” Leopolda Tyrmanda, a krakowski Ludowy „Wichrowe Wzgórza”, które dopiero co oglądaliśmy przecież w kinach.
Amerykanin Percival Everett całkiem niedawno odebrał nagrodę Pulitzera za przepisanie powieści Marka Twaina z perspektywy niewolnika Jima. Barbara Kingsolwer umieściła akcję „Davida Copperfielda” Charlesa Dickensa w Wirginii, wśród uzależnionych od opiatów młodych ludzi. A jeśli komuś Dickensa mało, tuż przed Bożym Narodzeniem czeka nas nowa „Opowieść wigilijna”. I tak w kółko. Na podobnych zasadach wraca do nas „Lalka”. No dobrze, ale dlaczego właściwie wszystko to robimy?
Czemu przepisujemy stare historie na nowo?
Najprostsza odpowiedź jest taka, że robimy to, by uwzględnić niegdyś pomijaną, queerową wrażliwość, perspektywę feministyczną albo losy mniejszości. Proszę zerknąć na dziesiątkę najchętniej oglądanych dziś produkcji Netfliksa. Zaraz za „Lalką” zobaczymy tam ekranizację opartej na prawdziwej historii opowieści o procesie Lizzie Borden. W momencie, gdy toczy się akcja powieści Prusa, panna Borden ma 18 lat i szykowana jest do zamążpójścia.
Opresyjna matka szkoli dziewczynę, jak zachowywać się względem adoratora. Lizzie, w odróżnieniu od naszej Izy, postanawia już w pierwszej ze scen wziąć sprawy w swoje ręce i pozbawić rodziców życia. Oba seriale – choć zrealizowane w zupełnie innym gatunku – opowiadają o próbach wyzwolenia się młodych kobiet spod presji społecznej.
Zatem możemy powiedzieć, że twórcy wykorzystują znane narracje jako przestrzeń do renegocjowania ról płciowych, podważania struktur patriarchalnych oraz przywracania głosu postaciom dotąd marginalizowanym, bohaterkom bądź bohaterom funkcjonującym dotąd na obrzeżach opowieści. Dzięki temu rozmawiamy potem w ogóle o chłopkach, włókniarkach i służących, dostrzegamy wokół siebie osoby atypowe, staramy się mierzyć z nierównościami, krytykujemy nepotyzm.
To dlatego w świat Łęckich wprowadza nas w serialu Marianna. Razem z jej postacią twórcy mogli pomieścić na małym ekranie wiele zagadnień kluczowych dla feministycznej ekonomii. Pokazują wykonywaną przez kobiety pracę, która z perspektywy Łęckich (ale też czytelniczek i czytelników powieści) pozostawała dotąd niewidzialna. Aby Izabela mogła usiąść do śniadania i przejrzeć „Bluszcz”, wiele osób musiało wykonać szereg skomplikowanych czynności: pranie, prasowanie, gotowanie, zakupy. Teraz to dostrzegamy.
Tyle że zmiana perspektywy to w gruncie rzeczy najbardziej oczywista odpowiedź na pytanie o popularność tzw. retellingów (przetworzeń znanych historii), która nie powinna nas do końca satysfakcjonować. Szukajmy w takim razie dalej. Jak i gdzie? Gdybym mogła, spytałabym o zdanie Zygmunta Baumana. A ponieważ zapytać nie mogę, sięgam do książki, w której filozof próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego rządzi nami przeszłość.
Dlaczego rządzi nami przeszłość?
Jeszcze w wieku XVII nostalgię uznawano za „łatwą do wyleczenia dolegliwość” – relacjonuje Bauman. Szwajcarscy medycy zalecali na nią opium, pijawki albo wycieczki w góry. Z biegiem lat „przejściowe schorzenie” rozwinęło się jednak „w nieuleczalną kondycję związaną z nowoczesnością”, pisze filozof.
Nostalgia nie dość, że nas nie opuszcza, to wręcz się nasila. Bauman, co ciekawe, łączy ten proces z fizycznym odkryciem, że „nasz świat tu i teraz stanowi raptem jeden z wielu możliwych światów”. Otóż probabilistyczny (niepewny co do skutku) charakter obserwowanych przez nas (a właściwie przez fizyków kwantowych) zjawisk sprawia, że coraz mocniej tęsknimy za światem, którym rządził determinizm.
Z drugiej strony Bauman sugeruje, że „globalna epidemia nostalgii” nadeszła zaraz po tym, gdy wyleczyliśmy się z „gorączki postępu”. O ile wiek XIX optymistycznie patrzył na rozwój nauki, w wieku XXI obawiamy się skutków jej nieustannego parcia naprzód. Jednym z silniejszych dziś lęków jest obawa przed rozwojem sztucznej inteligencji. Boimy się, że AI zabierze nam pracę, prestiż, społeczną pozycję. A skoro tak, to droga powrotna, droga wiodąca ku przeszłości wydaje się całkiem rozsądnym i bezpiecznym schronieniem. W tym „bezpiecznym miejscu” historie mają swój ustalony porządek, świat działa wedle stałych, niezmiennych reguł, bieg zdarzeń jest z góry przesądzony.
Tymczasem warto pamiętać, że u Prusa tego bezpieczeństwa w gruncie rzeczy nie ma. „Prus daje nam świat pokawałkowany i daje do zrozumienia, że jest on nie do poskładania w całość”, uczy profesor Ryszard Koziołek (na łamach internetowego magazynu „Mint”). Świat jest przedziwny, niezrozumiały i pełen paradoksów. Dla fizyki klasycznej był jak książka, w której za każdym razem odnajdujemy tę samą historię. Współczesna fizyka kwantowa sugeruje jednak (zupełnie jak forma „Lalki”), że ta sama książka zawiera w sobie wiele możliwych wersji opowieści i dopiero moment jej odczytania sprawia, że jedna z nich staje się faktem.
Ustalony raz na zawsze porządek świata reprezentuje u Prusa Ignacy Rzecki. Po co zmieniać to, co dobrze działa, pyta subiekt. Po co ryzykować? Rzeckiego pociąga wizja świata opartego na logice i rozumie. Wokulski tymczasem ma proteuszową naturę, odradza się w coraz to nowych formach: jako żołnierz, kupiec, naukowiec, dobroczyńca, inwestor, kochanek. Najbardziej obchodzi go jednak to, czym w ogóle jest człowiek w obliczu całego świata i dlaczego postępuje tak, jak postępuje. Blisko mu zarówno do Don Kichota z powieści Miguela de Cervantesa, jak i Szekspirowskiego Hamleta.
„Wokulski jest Elonem Muskiem” – mówi profesor Koziołek w rozmowie z MintMagazine. Zaiste, jeśli Wokulski reprezentuje nieustanną zmianę i wiarę w postęp, Rzecki choruje razem z nami na nostalgię.
Jak się zmienia Warszawa i co nam to mówi?
Ciekawe, że za czasów ekranizacji Wojciecha Jerzego Hasa czuliśmy się raczej więźniami chwili bieżącej niż przeszłości. Pamiętają Państwo klaustrofobiczne, zawalone rekwizytami przestrzenie pierwszej ekranizacji „Lalki”? I w ogóle – nudę tamtego filmu, któremu ewidentnie brakowało, jak to ujął lubelski filmoznawca Marcin Maron, „progresji dramatycznej”?
Recenzentki szydziły zresztą z reżysera, że „trwające blisko trzy godziny widowisko może wypędzić z kina nawet najbardziej cierpliwą wycieczkę szkolną, z panią od polskiego na czele”. Maron w swojej rozprawie o filmografii Hasa stara się jednak zrozumieć intencje twórcy, pisząc, że Has próbował nam pokazać Wokulskiego jako „człowieka żyjącego w czasie dramatycznie zawężonych perspektyw”. Czas biegnie w jego życiu siłą bezwładu – „niczym mechanizm jakiejś nakręcanej za pomocą klucza karuzeli”, pisze Maron. Wokulski od początku wie, że nic dobrego go w Warszawie nie czeka.

To metaforyczne „rumowisko historii” symbolizowało skądinąd dramatyczne wydarzenia marca 1968 r. Dlatego warto zerknąć na film Hasa, a potem włączyć serial Netfliksa i wreszcie wybrać się do kina – chociażby po to, żeby się przekonać, jak bardzo tamta Warszawa niepodobna jest do dzisiejszej, choć wszystkie one pokazują nam ten sam rok 1878.
Jeśli Warszawa Hasa była szara, wypełniona śmiercią i pozbawiona szans na zmiany, Warszawa Maślony i Kawalskiego jest nowoczesną europejską stolicą. Dzisiejsze ekranizacje pokazują nam Polskę, z której jesteśmy dumni, Polskę z okładek pisma „The Economist” i z artykułów w „Die Welt” i „Washington Post”. Kraj, który pnie się w górę, odnosi sukcesy, goni nie tylko Wielką Brytanię, ale i Japonię.
Tygrys Wschodniej Europy, piszą o nas w świecie (odsyłam do wspomnianej książki Sochaja, która zbiera wszystkie publikacje). Jak to się stało, że się tak nagle wzbogacił? Skąd wziął pieniądze? Tak właśnie wygląda dyskusja wokół fenomenu, który w zagranicznej prasie zyskał miano „Poland economy”. Oto nasz Wokulski.
A co ze Stachem i Belcią?
O ile serial Maślony jest przede wszystkim portretem Izabeli, film Kawalskiego zbliża się właśnie do Stanisława. Maślona pozwolił swoim bohaterom na wyzwolenie – uwolnił ich, pozwolił iść własną drogą. Kawalskiego interesował raczej nasz obecny stan ducha.
Zresztą także Demirski w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że zastanawia go, dlaczego Wokulski jest wiecznie ze swojej pozycji niezadowolony. Dlaczego nie pasuje do żadnego miejsca. „Myślę, że to bardzo przypomina myślenie naszej klasy średniej” – odpowiada sobie scenarzysta. „Warszawa jest jak Wokulski, który cały czas robi nowy sklep”. Jest w tym wiele racji. Nowe „Lalki” to pierwsze od dawna filmowe obrazy, które pozwolą nam w kinie zobaczyć siebie, współczesnych.
Dotąd z badań dotyczących sposobu postrzegania naszego odbicia w zwierciadle ekranu wynikało, że rzeczywistość ukazywana przez polskie filmy jest co najwyżej rodzajem symulakrum zbudowanego ze stereotypów: albo modne mieszczuchy, albo zacofana wieś, albo pijany kler, albo ludzie ze szklanych domów. Nic pomiędzy. „Lalki” wreszcie mącą ten obraz, ciekawie go komplikują. Wedle Kawalskiego „Wokulski dotyka polskiej duszy w jej najjaśniejszych i zarazem najbardziej destrukcyjnych miejscach”. Myślę, że udało mu się to z powodzeniem pokazać w filmowej adaptacji.
Szczęście, że w końcu mamy szansę o tym porozmawiać, a nawet się o to pokłócić, zanim starym zwyczajem wrócimy do obstawiania szans na wybuch nowej europejskiej wojny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]










